Bolko loft - to mnie inspiruje!
Nie samym internetem człowiek żyje :) jakiś czas temu miałem okazję wziąć udział (jako gość) w wypadzie do Bolko loftu w Bytomiu. Nie jestem znawcą ani koneserem architektury, ale Bolko loft zapamiętam do końca życia!
Moim przewodnikiem była Aneta Godynia, która w ramach wolontariatu w Małopolskim Instytucie Kultury wzięła udział w projekcie "Uczucia w architekturze" organizowanym wspólnie z nsMoonStudio. W ramach projektu powstał blog na którym ukazał się poniższy wpis: Bolko loft | Uczucia w architekturze.
Wyruszyłam na zachód. Jechałam na Śląsk. Każda wyprawa w tamtą stronę jest dla mnie wycieczką niemalże na inną planetę. Dla mnie, rodowitej krakowianki, wszystko tam jest inne, nieznane i zaskakujące. Za szybami samochodu przewijały się co raz to bardziej księżycowe krajobrazy – hałdy, ogroooomne i skomplikowane plątaniny rur, stali i szkła. Nawet powietrze miało odmienny zapach.
Nad trasą nr 94 tuż przed Dąbrową Górniczą ciągną się zabudowania koksowni Przyjaźń. Tworzą one tym samym – w moim odczuciu – swoistą bramę, po przekroczeniu której znalazłam się w Zagłębiu. A chwilkę potem (zasługa szerokich i równych dróg) już na Śląsku.
Na potrzeby opowieści przyjmijmy, że odnalazłam Bolko Loft bez żadnych problemów. Gdy wyjeżdżałam z Krakowa świeciło słońce i było upalnie. Nic nie zapowiadało, że pogoda spróbuje dostosować się do mojego wyobrażenia Śląska. I tak oto w Bytomiu powitało mnie stalowe niebo.
Okolica Bolko Loftu była typowa, tak sobie ją wyobrażałam. Właściwie niczym nie byłam zaskoczona. Walące się kamienice z czerwonej cegły, dopiero w głębi osiedla – usytuowane dalej od szybu – blokowisko. Szaro, buro i ponuro.
Byłam na miejscu przed czasem, więc kręciłam się po okolicy. Zimno. Smutno. Pusto. Co gorsza, nikogo na ulicy. Tylko bokiem przemknął zdezelowany Ikarus.
Wreszcie wybiła umówiona godzina. Pan Przemek właśnie wrócił z pracy, więc wspięliśmy się do loftu prawie w jednej chwili. Tak właśnie, wspięliśmy się. Bo Bolko Loft jest nietypowym loftem. Jest loftem unoszącym się 8 metrów nad ziemią.
Bardzo cieszyłam się, gdy okazało się, że jadę do loftu. Jak mała dziewczynka świąt, ja nie mogłam doczekać się wyprawy do Bolko Loftu. i stało się. Stałam na progu, kukając do środka.
Bolko loft
Bolko loft wewnątrz
Wewnątrz duża przestrzeń, poprzedzielana szklanymi taflami wyznaczającymi części funkcjonalne domu. Z dwóch stron, wzdłuż boków loftu mniejsze pomieszczenia – każde z przesuwnymi drzwiami, z odpowiednim numerem i grafiką przedstawiającą rolę danego pomieszczenia. W oczy rzuca się od razu jedna rzecz. Jest nią ogromna wyspa, przy której stanęliśmy żeby porozmawiać – później okazało się, że spełnia ona wbrew pierwotnemu zamierzeniu inną funkcję…
Dla wielu ludzi trudnym do pojęcia jest zamieszkanie w nietypowym miejscu, przy stosowaniu równie dziwnych rozwiązań. Gdzie domek z ogródkiem i gipsowym bocianem? Gdzie czerwona dachówka na spadzistym daszku żółtego domku w zabudowie szeregowej? Nie do pomyślenia. A mi się podoba. I to nawet bardzo. Bardzo bardzo.
Uprzedzam wywiad jest długi. Ale tak to już bywa, gdy natrafia się na interesującego człowieka, a do tego w interesującym miejscu …
Aneta Godynia: Często uznaje się dom własny architekta za jego manifest twórczy. Czy Bolko Loft jest Pańskim manifestem?
Przemo Łukasik: To się stało manifestem, w sposób trochę niezamierzony a na pewno przypadkowy. Takie jest moje zdanie. Niektórzy ludzie, koledzy ze środowiska, dopatrują się w tym strategii marketingowej. Jeśli chodzi o kwestię manifestu, to myślę, że sytuacja jest taka sama jak w przypadku nie-architektów. Podobnie jak z tym, że nieprzypadkowo wybieramy taki a nie inny krój garnituru, kolor dżinsów, T-shirta czy kupujemy taki a nie inny model samochodu – zawsze staje się to jakąś formą wyrazu. Pokazujemy siebie samego poprzez symbol znaków. Na pewno architekt robi to samo.
Mieszkanie na kopalni, mieszkanie na Bolko nie jest mieszkaniem dla wszystkich – dla mnie jest w pewnym sensie sposobem wyrażenia swojej osobowości. Dla mnie to jest oczywiste. Może z mniejszą świadomością robią to moje dzieci, które takich potrzeb nie mają.
To pytanie jest dla mnie zawsze o tyle kłopotliwe, ponieważ genezą zamieszkania w tym miejscu absolutnie nie była chęć pokazania siebie. Jest ona może nie tłem, ale produktem ubocznym. Przedtem mieszkałem w bloku. Oczywiście moje mieszkanie różniło się od mieszkań sąsiadów czy mojej mamy, dlatego że starałem się wyrazić siebie poprzez kolor czy użyte materiały. Natomiast mieszkanie w Bytomiu, w tej lampiarni jest sposobem na to, żeby zamieszkać w przestrzeni moim zdaniem normalnej a przy okazji niewielkim kosztem. Jako architekt dzięki temu uciekam od konwencji. To jest taka ucieczka z uśmiechem.
Działania w tym budynku oparłem po pierwsze na skromnym budżecie, po drugie na próbie zachowania charakteru tego miejsca, utrwaleniu jego historii.
Na Śląsku kopalnie traktuje się jako miejsca quasi-historyczne. Jak Pan czuje się mieszkając w takim miejscu?
To co my, architekci, uważamy za poważne i godne, będące symbolem śląskości – na przykład szyby wyciągowe (jak ten, który widać z okna łazienki) – okazuje się, że wśród społeczności lokalnej postrzegane jest jako coś niepożądanego, coś co kojarzy się im z ciężką pracą, ze śmiercią ojca, ze śmiercią męża…
Ale właśnie … aspekt historyczny w pojęciu jednostkowym. Przecież kopalnie w jakiś sposób wpływały na życie każdej niemal śląskiej rodziny. Może uogólniam, ale dla każdej śląskiej rodziny w pewnym stopniu kopalnia jest miejscem niemalże świętym, miejscem które wywarło bardzo wiele na losy pokoleń.
Trudno w tym pytaniu uniknąć uogólnienia. Powiem jasno: rejestrując samochód w urzędzie wielkim zdziwieniem było dla mnie, gdy urzędnik zorientował się, że jestem tym, który mieszka na kopalni w Bytomiu. Zwierzył mi się, że jego tato był kierownikiem tej lampiarni i on to miejsce bardzo dobrze zna. Przychodził tutaj i latał jako bajtel między regałami, na których leżały lampki, które górnicy przyczepiali sobie do kasku. I to był pierwszy wyraźny kontakt, że odnalazłem fragment historii tego miejsca. Szczerze powiem, nigdy nie poszukiwałem – nie chciałem z tego miejsca zrobić skansenu. Mi się tutaj po prostu podoba z punktu widzenia estetycznego i wizualnego, natomiast nigdy nie zagrzebywałem się w historię tego miejsca – kiedy to powstało i dlaczego. Spotkanie z tym urzędnikiem, który jako dziecko bawił się tutaj było pierwszym moim kontaktem z rzeczywistą historią tego miejsca. Decyzja zamieszkania w lofcie to również decyzja przejęcia jego nietypowej historii.
Widzę, że nie starał się Pan niczego tutaj zasłonić. Celowe działanie?
Jak najbardziej był to zamysł celowy. To jest to, co ja nazywam utrwaleniem pamięci po tym miejscu. Jednocześnie jest to wykorzystanie tego jako zgrabnej dekoracji. Przekucie tego w sukces, odrapanej i krzywej ściany.
Jednym słowem, tak miało być.
Tak, tak miało być. Jak zadeklarowałem na samym początku, głównym argumentem była kwestia związana z budżetem. Pozostawienie betonowej ściany czy konstrukcji stalowej, pomalowanie jej a nie przykrywanie, poza względami estetycznymi jest również pomysłem na wierność zasadzie rozsądnego budżetu. Nawet to, że podłoga jest betonowa.
W sypialniach podłoga też jest betonowa?
W sypialniach jest parkiet przemysłowy.
Jak rodzina zareagowała na pomysł zamieszkania w Bolko Lofcie?
Nie chcę powiedzieć, że klepali się po głowie, bo już na tyle mnie znali, że mogli się spodziewać niestandardowego rozwiązania. Przede wszystkim duże niedowierzanie, oczywiście pojawiło się też zdziwienie.
Od samego początku wiedział Pan gdzie co będzie, miał Pan plan w głowie?
Tak. Sądzę, że każdy architekt jest w stanie taką przestrzeń zastaną szybko rozszyfrować. Ale jest to o tyle skomplikowane, że trzeba to wpisać w swój pomysł na życie. Nikt mnie nigdy nie przekona do tak zwanych rozwiązań typowych, ponieważ uważam, że nie ma typowych rodzin. Poza tym nie wiem kto jest typowy, czy to Pani jest typowa, czy ja. Starałem się tą przestrzeń zatrzymać, subtelnie ją tylko aranżując. Jedyne elementy, które dodałem to czarna kostka i ściana oraz spacerniak (balkon okalający Bolko Loft). Na początku balkon był podestem dla robotników ocieplających budynek, teraz mogę podlewać kwiaty czy pić wino nie schodząc do ogrodu.
Inwestycja ta od początku była wieloetapowa, nigdy nie zamierzałem skończyć tego od razu. Raz ze względu na możliwości finansowe, dwa z powodu pewnej przyjemności, którą czerpie się z ciągłego dodawania czegoś nowego. Finałem ma być taras na dachu, do którego będę miał bliżej niż do ogrodu (przypominam, że jesteśmy 8 metrów nad ziemią).
Pamięta Pan, kiedy po raz pierwszy użył słowa „dom” do określenia loftu?
Od samego początku. To zdecydowanie było działanie świadome. Co więcej moja żona, też nie miała problemów żeby to zaakceptować i się tu odnaleźć. Nigdy nie było żadnych wątpliwości.
Wnętrze Bolko loftu
Czy dom jest podzielony na strefę publiczną, ogólnodostępną i strefę bardziej prywatną, gdzie dopuszcza się tylko rodzinę lub dobrych znajomych? Przewijają się tu wycieczki, więc pewnie trudno o taki podział. Ale czy pojawił się on kiedyś u Pana?
Przede wszystkim widzimy tutaj jedną, duża otwartą przestrzeń. Z tego wynika, że to mieszkanie jest w dużej mierze dostępne dla wszystkich. Tym bardziej, że nie kłóci się to z naszym pomysłem na życie. Zawsze mamy bardzo dużo gości, znanych i nieznanych. Jest kilka pomieszczeń, które są zamknięte i są ponumerowane od 1 do 4. Sypialnia moja i małżonki, która może wydawać się tą częścią najbardziej intymną nie ma drzwi, jest jedynie zblendowana plastikiem.
Gdzie jest serce domu?
Tu właśnie. Zawsze marzyłem o dużym stole, o kolacjach przy nim z przyjaciółmi. I tak się rzeczywiście dzieje. Ale trzeba się zmusić, żeby tam usiąść. Spotkania z przyjaciółmi, liczące po 40-50 osób toczą się zawsze wokół blatu. Jest to całkowicie przypadkowe. Całe życie towarzyskie, cała impreza krąży wokół niego. Stosunkowo mało goście użytkują przestrzeń za szkłem.
A gdzie stoi choinka świąteczna?
Stoi w tamtym rogu (w części pomieszczenia, gdzie znajduje się kominek), tam gdzie jeszcze stoją dekoracje wielkanocne. Choinka jest sadzona, często się nie przyjmuje. Jak nie miałem jeszcze lodówki, stała na jej miejscu.
Gdzie siada Pan z rodziną, gdy chcecie porozmawiać, pobyć ze sobą?
Kurcze, ciężko powiedzieć. Jest kilka naszych ulubionych obszarów. Jest miejsce, gdzie siedzę i piję wino oraz odpowiadam na maile. Czasami wychodzimy też z żoną na balkon. Jest przestrzeń, gdzie wspólnie jemy śniadania w sobotę czy w niedzielę. Ta przestrzeń, która jest za szybą to miejsce, gdzie oglądamy TV, słuchamy muzyki, odpoczywamy, gadamy i jemy lody. Ale jak jest sezon zimowo-jesienny to tam odpalamy kominek, a dzięki przegrodzeniu przestrzeni szkłem tego ciepła trochę więcej zostaje po tamtej stronie.
Swojego czasu, najlepszym miejscem dla mojego syna, który przyszedł tu z naszego małego mieszkania to była wanna. Mieliśmy małe mieszkanie i mój syn, żeby pokazać mamie i tacie, że potrafi pływać musiał kłaść się po przekątnej brodzika. A przez pierwsze dwa, trzy tygodnie tutaj siedział non stop w wannie.
Miejsca można opisać barwami i zapachami. Jak myśli Pan o Bolko Lofcie, to jaki kolor pierwszy się Panu nasuwa po zamknięciu oczu?
Zawsze krążyłem wokół tych kolorów związanych z przemysłem, czyli od szarości. Budynek zmienił swój kolor z gołąbkowego na czarny.
Przemo Łukasik w sercu Bolko loftu
Mój komentarz
Pomimo tego, że byłem tylko gościem wypadu do Bytomia muszę przyznać, że całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przemo razem ze swoim dziełem świetnie do siebie pasują. Na każdym kroku widać pasję, zaangażowanie i wyczucie włożone w przygotowanie Bolko loftu. Niezwykle podoba mi się fakt, że całość została zrealizowana w niewygórowanych kwotach. Zrobić coś takiego małym nakładem finansowym to naprawdę wyzwanie. Od momentu wizyty w Bolko lofcie nieszablonowe miejsce zamieszkania jest jednym z moich marzeń...