Zamknij

Nasz serwis wykorzystuje cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Szczegóły znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.

17 stycznia 2012 Karina Swachta

Chrystus na pewno prowadziłby bloga

Przyglądamy się działalności medialnej polskiego duchowieństwa. Zainspirowało mnie to do utworzenia cyklu rozmów z ciekawymi postaciami naszego Kościoła, które mogą dać nam odpowiedź na pytanie - czy nowe media to kara boska? Pierwszy zgodził się spotkać ze mną ksiądz Bartłomiej Król, który mediów na pewno się nie boi. W końcu ma po swojej stronie znane gwiazdy polskiego dziennikarstwa – Kamila Durczoka i Piotra Kraśko – wspólnie z nimi napisał kontrowersyjną książkę „Bitwa o Kościół”. Zamieszczał swoje artykuły w internetowym magazynie katolik.pl i udzielał się na forum pomocy tego portalu. Próbuje wykorzystywać nowe środki tj. video do szerzenia słowa Bożego.

Karina: Proszę księdza, czy potrzebna była „Bitwa o Kościół”?
Ks. Bartłomiej Król: Ta książka to zapis naszych rozmów na trudne tematy związane z Kościołem. Po prostu siedzieliśmy i rozmawialiśmy o polityce, duchowieństwie, aferach, celibacie i wielu innych. Zamiarem tej publikacji było poruszenie kontrowersyjnych tematów, ale w spokojnej i kulturalnej rozmowie. I to się udało.

K: Artykuły na temat tej książki skupiały się głównie wokół tego, że dziennikarze z konkurencyjnych stacji pracują przy jednym projekcie. Czy to była świadoma promocja? Czy sensacja to sposób na przemycanie wartościowych treści?
Ks. B.K.: Wzbudzić sensację, aby przekazać wartości. Musimy ludzi jakoś zachęcić do zrobienia pierwszego kroku. Ja się spodziewałem, że zestawienie tych dwóch nazwisk wzbudzi emocje. Duże grono ludzi kupiło książkę. Było wiele pozytywnych opinii, ale także negatywnych, również ze strony duchowieństwa. Otrzymywałem maile z pytaniami o to, jak wydawnictwo katolickie mogło wydać taką publikację. Dla wielu ludzi pan Durczok jest skreślony, ponieważ pracuje dla TVN-u. Katarzyna Wiśniewska jest znienawidzona przez wielu księży. Ja uważam, że jeśli ktoś jest innego zdania, to można usiąść i porozmawiać. W tej książce pada wiele odważnych słów, ale wszystko zgodnie z nauką Kościoła. Chcemy dialogu. Nikogo nie nawracamy, tylko przedstawiamy swoją opinię.

K: Czy książka „Dekalog za kulisami” ma szansę konkurować z Pudelkiem?
Ks. B.K.: To jest książka o dziesięciu przykazaniach. Zaprosiłem do dyskusji aktorów, z którymi chciałem o tym porozmawiać. Wszystkie te osoby wybrałem świadomie. Czytałem na ich temat, również na Plotku czy Pudelku. Byłem zaskoczony, jak łatwo było namówić ich do rozmowy. Pierwszą osobą, do której zadzwoniłem była Olga Bończyk. Od razu się zgodziła i po dwóch dniach mieliśmy spotkanie. Piotr Adamczyk był gdzieś w Chinach, ale też znalazł dla mnie czas.

K: Myślę, że doświadczony dziennikarz taki, jak Kamil Durczok nie boi się zadawać trudnych pytań. Co ze zwykłym odbiorcą? Internet otwiera również przed nim możliwość do poruszania kontrowersyjnych tematów…
Ks. B.K.: Internet daje możliwość zadawania pytań, których nikt nie zada podczas bezpośredniego spotkania z księdzem. W realnym świecie zawsze jest jakaś bariera. Trzeba spojrzeć w oczy. Na lekcji religii uczeń boi się wyśmiania przez kolegów. W Internecie takie pytania często padają. Portal katolik.pl ma forum pomocy, w którym się udzielałem. Dobrodziejstwo internetu jest takie, że nie ma już pewnych barier, jakie powstrzymują ludzi od rozmowy. Jeżeli ksiądz konkretnie mówi o rzeczach, na których się zna, to jest to podstawa do dalszej rozmowy.

K: Czy te rozmowy w świecie wirtualnym często zamieniają się na spotkania w realu?
Ks. B. K.: W wielu przypadkach tak. Czasami ludzie przychodzą z problemami, które wymagają drążenia. Ja wiem, że księża mają opinię zacofanych, ale wielu z nich jest otwartych i zawsze oferują pomoc, jeśli widzą, że ktoś jej potrzebuje.

K: Czemu osoba księdza ma taki zły wizerunek w oczach młodych ludzi?
Ks. B.K.: Niestety jest tak, że grzech jednego księdza rzutuje na opinię całego Kościoła. Jeden prowadził samochód pod wpływem alkoholu, to znaczy, że wszyscy duchowni piją. Jeden ksiądz ma lepszy samochód, czyli wszyscy są bogaci. Niestety trudniej jest przekazać pozytywne wartości. Najchętniej podchwytywane są tematy sensacyjne. Media rządzą się takimi prawami i nie zmienimy tego.

K: Czy brak kreowania własnego wizerunku nie przekłada się czasem na powstanie złej opinii? Kto ma was bronić, jak nie wy sami?
Ks. B. K.: Ja zawsze przytaczam taką sytuację, która przydarzyła mi się w Trzebnicy. Byłem organizatorem „Targów wierności” – ogromna impreza, będąca odpowiedzią na wrocławskie „Targi rozwodowe”. Media podchwyciły temat i zjechali się dziennikarze. Jedna z nich (Anna Smycz z Radia Zet) była bardzo zdziwiona, że odpowiadam na wszystkie jej pytania. Kiedy wcześniej próbowała uzyskać opinie na temat kolędy duszpasterskiej, duchowni odsyłali ją z kwitkiem. Nie dziwię się, że dziennikarze są zmuszeni szukać odpowiedzi na swoje pytania gdzieś indziej np. prosząc o opinię przechodniów. Jeden z nich powie: no, tylko chodzą i zbierają pieniądze i już kształtuje się negatywny wizerunek Kościoła, i to na własne życzenie!

K: Jakie są ich obawy?
Ks. B. K.: Nieufność księży i sióstr jest ogromna. Wynika to z obawy, że dziennikarz przyjdzie i będzie węszył jakąś aferę, a potem jeszcze wszystko przekręci. Druga rzecz jest taka, że w Kościele brakuje ludzi przeszkolonych w kontaktach z mediami. Wybiera się rzecznika, bo ktoś nim musi być, a potem ta osoba ucieka od mediów, bo się ich zwyczajnie boi. Ja mam inną zasadę. Zawsze staram się odpowiadać na wszystkie pytania. Jestem przekonany, że to może przynieść wiele dobra. Po drugie, nie zakładam od razu, że osoba, która do mnie przychodzi ma złe intencje. Jeśli jest jakiś problem, to zawsze odpowiadam zgodnie z prawdą. Prosty przykład. Proboszcz prowadził auto pod wpływem alkoholu i wjechał w płot swojej parafianki, co widziało pół wioski. Wiadomo, że jest afera. Dziennikarz próbuje zbadać sprawę i słyszy od wikarego, że proboszcz się alkoholu nie tyka. Lepiej jest wyjść i powiedzieć: Jest nam bardzo przykro. Taka sytuacja miała niestety miejsce. My poniesiemy wszelkie szkody. Ksiądz biskup został poinformowany. Zostaną wyciągnięte należyte konsekwencje. W pierwszym przypadku - dziennikarz przyjedzie do wioski jeszcze kilka razy. W drugim - sytuacja zostanie urwana na miejscu. Czasami niewiele potrzeba, żeby wyciszyć gorącą sprawę.

K: Jak więc przekonać księży do większej interakcji?
Ks. B.K.: To się już powoli zmienia. Pozytywnym przejawem tego jest fakt, że w seminariach pojawiają się zajęcia z mediów. Organizowane są też szkolenia dla rzeczników zgromadzeń męskich i żeńskich, które sam czasami prowadzę. Próbujemy przekazywać ich uczestnikom, że trzeba być otwartym na media, a nie patrzeć na dziennikarzy jak na wrogów, którzy przyjeżdżają nas zniszczyć. Kiedyś może będziemy potrzebować tego dziennikarza do nagłośnienia naszej akcji charytatywnej, i co wtedy? Nie pomoże nam, jeśli go teraz przepędzimy. Przede wszystkim należy zmieniać indywidualne podejście. Sam czasami staram się przekonywać księży czy siostry zakonne, ale powiem szczerze, że rzadko to przynosi skutki…

K: Co ksiądz sądzi o pisaniu bloga?
Ks. B.K. : Jeszcze jest mało księży czy sióstr, którzy to robią. Wynika to z tego, że księża naprawdę nie mają czasu. W społeczeństwie pokutuje takie przeświadczenie, że my nie mamy, co robić. Tym czasem często to jest praca od świtu do późnej nocy. Kilka razy zabierałem się za założenie bloga, ale wciąż brakuje mi czasu. Jednak wspieram działania w sferze mediów społecznościowych. Byłem za tym, żeby nasze wydawnictwo miało fanpage na Facebooku. Publikujemy i promujemy książki ks. Eugeniusza Burzyka, który jest znanym blogującym kapłanem. Jego rozpoznawalną cechą jest to, że ma bardzo krótkie kazania (5 min). Potrafi dobrać konkretny tekst (od Miłosza do „Gazety Wyborczej”) do ewangelii. Niektórzy mówią, że kazanie powinno być jak spódniczka mini – krótkie i ukazujące całe sedno.

K: Czy ksiądz musi mieć pozwolenie na prowadzenie bloga?
Ks. B.K.: Myślę, że nie. W naszym zgromadzeniu salwatorianów generalnie jest zgoda na wszelkie wypowiedzi publiczne, chyba że idzie to w złym kierunku (np. wypowiedzi są antysemickie). Dzisiaj nie musiałem się nikogo pytać, czy mogę udzielić wywiadu. Uważam, że gdyby Chrystus żył to miałby zarówno konto na Facebooku, jak i prowadziłby bloga. On chce być obecny wszędzie tam, gdzie my jesteśmy. W swoich czasach korzystał z takich środków, jakie były dostępne. Chodzi o to, żeby dotrzeć do każdego człowieka, a żeby to zrobić należy używać tych środków przekazu, którymi on się posługuje.

K: I to nie przekonuje nikogo?
Ks. B.K.: Takie przesłanie daje nam Chrystus, ale także głowa Kościoła. W listach pisanych przez papieży nie znajdziemy zakazów oglądania telewizji czy używania internetu. Oni wręcz zachęcają do wykorzystywania nowych technologii w misji ewangelizacyjnej. I chwała tym, którzy to rozumieją. Wielu chce korzystać tylko z katolickich platform, ale trzeba te treści przemycać tam, gdzie są odbiorcy, czy to będzie „Gazeta Wyborcza”, TVP…

K: … czy Socjomania :)

Bardzo dziękuję księdzu Bartłomiejowi za miłą i inspirującą rozmowę oraz Dorocie za kontakt.

Podziel się opinią